Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Hamon: Nie gramy muzyki muzealnej!

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

 

 

 

 

 

 

1. Bach epoki Ars Nova

„Guillaume de Machaut to taki średniowieczny Bach” – uznał w rozmowie ze mną Pierre Hamon. Istotnie, w czasach nazywanych przez Francuzów mianem Ars Nova (XIV w.) twórczość de Machaut bezsprzecznie wysuwa się na pierwszy plan. W muzyce Bacha zawarła się synteza dokonań wszystkich barokowych szkół kompozytorskich, ale geniusz lipskiego kantora przejawił się przede wszystkim w tym, że zabrnął jeszcze dalej niż jego współcześni. Podobnie de Machaut, oprócz tego, że skorzystał w pełni z całego arsenału technik kompozytorskich, które oferowała mu jego epoka, stworzył nową, fenomenalną dźwiękową jakość.

To zastanawiające, że postrzega się de Machaut przede wszystkim jako twórcę Messe de Notre Dame. Przecież oprócz tego, że był wybitnym kompozytorem muzyki religijnej, był też muzykiem-poetą. Podążał śladami francuskich trubadurów i truwerów, wykorzystując formy virelais, lais, ballade i rondeau. Zawarte w tych kunsztownych melodiach treści są wewnętrznie sprzeczne: ściśle związane z epoką i ponadczasowe, jednostkowe i uniwersalne, o uroku wynikającym z prostoty, a zarazem o trudnej do wyrażenia głębi ekspresji. Taka wielość cech złożona w spójną całość to bez wątpienia prawdziwe dzieło geniuszu.

 

2. Pierre Hamon – autokształcenie, niepowtarzalne pomysły

Pierre Hamon, francuski flecista, był naszym przewodnikiem w drodze przez zawiłe labirynty muzyki średniowiecznej, o której tak mało możemy wiedzieć. On i jego zespół: VivaBiancaLuna Biffi, Angélique Mauillon oraz Marc Mauillon, podczas dwóch wieczorów w Studio Koncertowym Polskiego Radia zaprezentowali virelais, rondeaux, ballady de Machaut i jego wielkie dzieło: Le Remède de Fortune.

Zanim przesłonię wyłaniającą się z tego tekstu wizję koncertu własnymi przemyśleniami, przemówię słowami monsieur Hamona, który w arcyciekawy sposób opowiedział mi o swojej pasji do muzyki, o Guillamie de Machaut oraz o historii swojego „średniowiecznego” zespołu.

Pierre Hamon pochodzi z małej wioski, w której nigdy nie było szkoły muzycznej. W wieku 14 lat zafascynował się muzyką średniowieczną, która w tamtych czasach dopiero nieśmiało prosiła o wstęp do francuskich sal koncertowych – rozpalała za to coraz więcej wrażliwych na muzykę serc w Holandii i w Anglii. Hamon początkowo próbował tę muzykę śpiewać. Dysponował pięknym, wysokim głosem, który niestety w wyniku mutacji stracił dawny urok. Wtedy Pierre Hamon odkrył flet prosty.

Jego edukacja muzyczna przez wiele lat polegała na samokształceniu (równocześnie studiował fizykę). Wbrew temu, co można by sądzić, wyszło mu to na dobre. Bardzo późno zorientował się, że flet prosty, który tak go pochłaniał, przez osoby zajmujące się muzyką klasyczną na dobrą sprawę nie jest w ogóle uważany za koncertowy instrument muzyczny. Dostał się do klasy mistrzowskiej Fransa Brüggena. Uczył się również pod kierunkiem Waltera van Hauwe.

Wybitni mistrzowie bardzo inspirowali monsieur Hamona, ale to nie oni ukształtowali jego styl. – Moi studenci mają dostęp do wszystkich możliwych źródeł wiedzy: chodzą na lekcje kształcenia słuchu, harmonii, kontrapunktu… Ja musiałem do wszystkiego dochodzić sam – mówi mistrz w wywiadzie dla „Młodzieżowej Gazety Muzycznej”. Kierując się własnym poczuciem estetyki, eksperymentował z różnymi technikami gry, próbował różnych sposobów artykulacji i ornamentacji.

Niezależnie od tego twierdzi, że dobrze jest terminować u takiego mistrza, który zajmuje się muzyką etniczną własnego narodu. Trzech takich mentorów Hamon spotkał na swojej drodze: Carles Mas pokazał mu katalońską technikę gry na flecie i tamburze, Langa Habib Khan z Rajastanu – na flecie podwójnym, zaś Hariprasad Chaurasii zaznajomił z hinduskim fletem bansuri. Studia w Indiach wywarły na Pierre’ze Hamonie szczególnie silne wrażenie. – Metoda nauczania gry na bansuri nie wpasowałaby się w europejskie standardy edukacyjne. Mistrz nie daje swemu adeptowi żadnych nut czy werbalnych wskazówek. Nie mówi: teraz zagraj c, a teraz e. Po prostu gra, uczeń zaś próbuje go naśladować i w końcu zaczyna rozumieć, co w jego grze jest wartościowe, a co należałoby jeszcze zmienić – wspomina Hamon swoje studia w Indiach.

Mimo różnorodnych muzycznych fascynacji Hamon pozostaje wierny średniowieczu, w którym odnajduje się najlepiej. Dobrze czuje się w repertuarze wieków średnich, gdyż zawierają w sobie ogromny ładunek ekspresji, oraz ze względu na to, że ma w tym obszarze ogromną wolność twórczą. W utworach de Machaut precyzyjnie zapisana jest jedynie partia śpiewaka – głosy instrumentalne trzeba zatem dokomponowywać. Zachowała się śladowa ilość traktatów z epoki, więc jedyne, czym można się sugerować, to własne wyczucie i autorska wizja. W ostatecznym rozrachunku śpiewak ma zawsze najłatwiej: de Machaut, obawiając się zbytniej ingerencji wykonawców w swoją muzykę, zalecał, by grać dokładnie wszystkie zapisane nuty, żadnej nie ujmując ni nie dodając. W ustępach polifonicznych zdaniem Hamona istotnie nie potrzeba żadnej dodatkowej ornamentacji. Jednakże fragmenty monodyczne są nieco bardziej swobodne. Tam mają pole do popisu chociażby instrumentaliści. Często więc dopisują dodatkowe kontrapunkty, pięknie dopełniające linię wokalną. Hamon wprowadza flet jako dopełnienie śpiewu – głos ludzki w trakcie długiego utworu raz na jakiś czas potrzebuje odpoczynku…

 

3. W poszukiwaniu wykonawców

Wykonanie utworu tak długiego i trudnego dla współczesnej publiczności jak La Remède de Fortune zdaje się aktem szaleństwa. Co skłoniło Pierrre’a Hamon do podjęcia tak trudnego projektu? – Proszę pomyśleć o hinduskiej radze, która również trwa około godziny. Pod koniec takiej ragi nie jest się tym samym człowiekiem, co na początku. Człowiek staje się… głębszy. To jest naprawdę tego warte – podkreśla Pierre Hamon. Niestety, mało muzyków podzielało początkowo jego entuzjazm. Bardzo trudno było mu przekonać jakiegokolwiek śpiewaka do współwykonywania średniowiecznej muzyki.

„Marca usłyszałem po raz pierwszy na dyplomie, na którym grał ze swoją siostrą. Było to w Lyonie, w konserwatorium, w którym wykładam. Od razu pomyślałem, że to jest właśnie ten głos, którego szukałem!” – wspomina maestro. Jak wyglądało to ze strony Marca Mauillon? „Tak, Pierre zaproponował mi współpracę po koncercie dyplomowym w Lyonie, ale był to koncert mojej siostry, która tam studiowała. Zgodziłem się bardzo chętnie, bo lubię podejmować nowe wyzwania, a z muzyką średniowieczną miałem wcześniej mało do czynienia”.

Ów znamienny w skutkach koncert dyplomowy zawierał fragmenty Orfeusza Monteverdiego. „Moja siostra uwielbia Orfeusza, dlatego, że to pierwsze dzieło, w którym jest zapisana partia harfy. Ja również kocham tę operę, w której grałem tylko raz w życiu. Marzę o tym, żeby powtórzyć to doświadczenie pod batutą jakiegoś znakomitego dyrygenta” – rozmarzył się Marc, gdy odpowiedziałam na jego pytanie, nad czym ja obecnie pracuję. Artysta, jak widać, nie ogranicza się do jednego stylu w muzyce. Zaczynał od francuskiej muzyki XVII-wieku, potem jego zainteresowania rozszerzyły się na dwa przeciwne bieguny: jeden, o którym już wiemy, sięgnął średniowiecza, drugi zaś dotknął współczesności, którą Marc zajmuje się z prawdziwą przyjemnością. Z przyjemnością tym większą, że niedawno miał okazję śpiewać w operze napisanej specjalnie dla niego: Cachafaz Oscarsa Strasnoya. Mimo to stale najbardziej fascynują go Lully i Rameau.

Drugą osobą zaangażowaną do zespołu była VivaBiancaLuna Biffi, łącząca grę na fideli, renesansowej violi da gamba oraz wiolonczeli klasycznej ze śpiewem. Najpóźniej dołączyła do zespołu wspomniana już Angélique Mauillon, harfistka, która, podobnie jak jej brat, nie ogranicza się do wykonywania jednego rodzaju repertuaru. Zaznajomiona z technikami gry na różnego rodzaju harfach historycznych, nie gardzi całym repertuarem współczesnym. „ Z kompozytorów współczesnych lubię grać Tristana Murail, Luciana Berio, Tôn-Thất Tiết – raczej nikogo więcej!” – stwierdziła w naszej rozmowie.

 

4. Jak to zabrzmiało

Koncert zespołu Pierre’a Hamon był dla mnie niewypowiedzianym odkryciem, podróżą w niezbadane obszary dźwiękowe. Partytura de Machaut stanowiła jedynie punkt wyjścia. Była fundamentem, na którym muzyczny pałac zbudował sam zespół. Iście szalone pomysły Hamona urozmaicały jednostajną, choć i tak pełną wewnętrznej ekspresji strukturę kompozycji Guillame’a de Machaut. Każdy z muzyków miał w utworze własne partie wokalne, nadto wszyscy stali się nagle perkusistami w pieśni balladowej Dame, a vous sans retollir, zawierającej się w zaprezentowanej w piątek Remède de la Fortune i powtórzonej następnego dnia na bis. Rozpoczęcie koncertu Mon chant vous envoy oczekiwaniem na nieobecnego Hamona, który zjawił się niespodziewanie w dźwięku fletni, po czym, wciąż grając, zstąpił niczym średniowieczny król czy mag po długich schodach Studia im. Lutosławskiego wprost na scenę, wprowadziło niepowtarzalną aurę, która trwała do samego końca występu.

Istotniejszy od pomysłów tego rodzaju był jednak zdecydowanie ogromny kunszt, który towarzyszył wykonaniu. Całość kompozycji obu koncertów: piątkowego i sobotniego, rozegrana bardzo sensownie, pełna była zachwycających momentów, takich jak polifoniczne ballady i rondeaux a capella, piękne ustępy instrumentalne czy pełne ekspresji monodyczne utwory śpiewane z towarzyszeniem kontrapunktujących instrumentów. Marc Mauillon, oprócz tego, że dysponuje niezrównaną barwą głosu, zachwycił mnie naturalnością i szlachetnością, które towarzyszyły każdemu wyśpiewywanymi przez niego słowu. Nie można było przejść obojętnie obok tak dramatycznie, a zarazem szczerze wypowiedzianych słów średniowiecznego rycerza-kochanka wyrażonych w starofrancuskiej poezji de Machaut. Z kolei eteryczny, pełen słodyczy, miękki głos Biffi znakomicie współgrał z jej rolą Nadziei.

Na koniec przytoczę słowa Pierre’a Hamon’a, który stanowczo stwierdził: „Nie gramy muzyki muzealnej!” Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

 

 

Post scriptum: Pierre Hamon długo namawiał mnie, bym zapoznała się z jazzowymi aranżacjami muzyki de Machaut autorstwa Roberta Sadina, wydanych trzy lata temu przez Deutsche Grammophon.

– Nie chcę zamykać się tylko w muzyce średniowiecznej. Potrzebuję szerszego spojrzenia. Dwadzieścia lat temu rozumiało się muzykę dawną inaczej, teraz jest inaczej, inaczej będzie za dwadzieścia lat – nie mógłbym się rozwijać, zamykając oczy na to, co współcześnie dzieje się w muzyce. Nie mówię, żeby pani od razu zaczęła grać jazz, ale warto czasem po prostu posłuchać czegoś odmiennego” – poradził Pierre Hamon. Może ktoś z Was zainteresuje się tą płytą?

 

Magdalena Białecka

Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, 2 i 3 listopada 2012 r., koncert w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.