Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Drugi Rubinstein

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

24.08.2012, godz. 19:00
Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej

Jan Lisiecki (fortepian)
Sinfonia Varsovia

Christian Zacharias (dyrygent)

Ignacy Jan Paderewski: Uwertura Es-dur
Robert Schumann: Koncert fortepianowy a-moll op. 54
Robert Schumann: IV Symfonia d-moll op. 120

Jan Lisiecki przeszedł już mutację głosu, wobec czego oczekuje się od niego dojrzałości interpretacyjnej i artystycznej. Nic dziwnego, lud żąda igrzysk i trzeba je mu zapewnić. Sala była wyprzedana, a oczekiwania wielkie, zwłaszcza względem programu – koncertu fortepianowego a-moll op. 54 Roberta Schumanna, nazywanego ongiś „koncertem koncertów”. Tymczasem wykonanie młodego Kanadyjczyka polskiego pochodzenia nie powaliło na kolana. Miejscami grał twardym, jednobarwnym dźwiękiem, pozbawioną swobody artykulacją, choć trzeba przyznać, że w miarę postępowania muzyki szło mu coraz lepiej. Część liryczna niestety nie miała oczekiwanego przeze mnie romantycznego uniesienia (ale kładę to na karb młodego wieku Lisieckiego, który może jeszcze nie przeżył swej pierwszej miłości). Korespondencja z orkiestrą także nie wydała mi się zjawiskowa. A jednak, słuchałem tego młodego pianisty z uwagą i niekłamaną radością. Powiem więcej, oklaskiwałem go gorąco, bo czułem w jego interpretacji zalążek własnego głosu, młodzieńczą energię, nieoszlifowaną co prawda latami i doświadczeniem, ale z pewnością wybiegającą ponad swój wiek. Trudno oczekiwać dojrzałości artystycznej od osoby, która nie zaznała jeszcze w pełni życia. Pozwólmy mu doświadczyć wszystkich ludzkich uczuć, tych pełnych szczęścia i namiętności oraz rozgoryczenia i smutku (choć tych w żadnej mierze mu nie życzę i oby miał ich jak najmniej), zanim przystąpimy do oceniania kolejnej rundy tych interpretacyjnych igrzysk. Ja widzę w Lisieckim drugiego Rubinsteina, którego wspomnienia zatytułowane „Moje młode lata” czytam z zapartym tchem, i który także będąc w wieku młodego Kanadyjczyka podbijał sale koncertowe na świecie przy większym lub mniejszym aplauzie publiczności. Już teraz Lisiecki bardzo wiele osiągnął, choć do pełni artystycznej wiedzy o świecie brakuje mu zmarszczek na czole. I jeśli rzucił się z tak trudnym wyrazowo koncertem na głęboką wodę, to nie widzę w tym nic złego, bo właśnie w takiej wodzie człowiek najszybciej uczy się pływać.

 

Grzegorz Dąbrowski

 

Na zdjęciu: Jan Lisiecki, 24 sierpnia. Fot. Bartek Sadowski/NIFC.

6 odpowiedzi na “Drugi Rubinstein”

  1. sz pisze:

    Również byłam na tym koncercie i nie zgadzam się z tak krytyczną oceną. Odrywając się od sprawy mniej istotnej, a więc od jego wieku i zbliżając się do rzeczy istotnych, czyli muzyki wykonywanej przez niego chciałabym zauważyć, że widownia była oczarowana jego koncertem, a nawet wymusiła bis. W jego grze czuć było świeżość, wydobył z koncertu Schumanna pożądaną tu delikatność i jednocześnie ogromną energię.

  2. Grzegorz Dąbrowski pisze:

    Wiem, jaka była reakcja publiczności. Równie gorąco go oklaskiwałem i dopraszałem się bisu.

  3. Anna S. Dębowska pisze:

    Reakcji publiczności nie należy traktować jak wyroczni dobrej jakości. Proszę zauważyć, jak dużo oklasków pojawiło się po pierwszej części koncertu Schumanna – czy to była reakcja osób, które stać na świadomy osąd?

  4. Łukasz pisze:

    Moim zdaniem każdy może klaskać kiedy chce i tak głośno jak chce, gdyż za koncert płaci. Przypomniał mi się pewien dziadziuś, który na koncercie z jazzowymi interpretacjami Chopina odwracał się i groził pięścią klaszczącej publiczności krzycząc: „Bydło, idioci!”. Niszczyli oklaskami jego schorowane „sacrum”.

  5. Grzegorz Dąbrowski pisze:

    Koncert jazzowy od koncertu muzyki klasycznej odróżnia konwencja. Naturalnym jest, by nagradzać oklaskami muzyków jazzowych po solówce, tak jak nagradzamy śpiewaków operowych po pięknie wykonanej arii. Taka jest konwencja. Tak samo do konwencji należy nagradzanie artysty klasycznego po wykonaniu całego utworu, a nie poszczególnych części. Reakcja „dziadziusia” jest równie nieodpowiednia, co reakcja publiczności klaszczącej pomiędzy częściami. Pozdrawiam.

  6. Łukasz pisze:

    Z tym, że ta konwencja zmieniała się w czasie i przestrzeni. Tu i teraz zwyczajowo nie klaszcze się między częściami. Być może Ci klaszczący między częściami reprezentują dopiero nadchodzący kierunek zmian. Również pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.