Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Alessandro Stradella, czyli dramma na UW

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

26 VI 2012 zapisał się na długo w kartach historii życia muzycznego UW. W auli Starej Biblioteki UW od dawna odbywały się koncerty na mniejsze i większe składy. Lecz jak dotąd nikt nie pomyślał, żeby wystawić na jej deskach… przedstawienie operowe. Szczerze mówiąc, spojrzawszy na małą scenę, na której ledwo zmieściła się orkiestra, zdziwiłam się, dlaczego program nic nie mówi o tym, że opera zabrzmi w wersji koncertowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zostanie jednak wykonana wersja sceniczna!

Mimo skromnych warunków, całość nie wyszła źle. Sam utwór jest dość ascetyczny – występuje w nim tylko czterech śpiewaków. Nie potrzeba też wcale rozbudowanej scenografii. Dzięki ograniczeniu takich właśnie elementów może nawet większą wagę zyskała sama dramma per musica.

Dzieło zyskało dzięki temu, że wyszło z wielkich sal koncertowych do skromnej auli Starego BUW-u. Miasta, w których żył i komponował Alessandro Stradella (1644-1682) – Rzym, Wenecja, Genua – były największymi XVII-wiecznymi włoskimi ośrodkami operowymi, w których teatr służył przede wszystkim rozrywce dworów i edukacji młodzieży. Istniał co prawda „profesjonalny”, płatny, powszechny teatr operowy w Rzymie, jednakże muzyka była głównie wykonywana w sytuacjach bardziej kameralnych: w prywatnych pałacykach czy w szkołach. Więc może choć trochę zbliżyliśmy się do prawdy historycznej, przemieściwszy przedstawienie z powrotem na małą, można by rzec, elitarną scenę.

Ciekawym pomysłem było również okraszenie przedstawienia ułomkami z Jerozolimy wyzwolonej Piotra Kochanowskiego (czytała Joanna Trzepiecińska). To ciekawe, jak bardzo recepcja Tassa w Polsce zdeterminowana jest przez to właśnie, zupełnie nie w naszym współczesnym rozumieniu, wierne tłumaczenie barokowego utworu. Polski słuchacz nie mógł nie docenić tej próby przystosowania opery do jego tradycji. Nawet, jeśli przez to numery nie następowały po sobie attaca.

Julita Mirosławska (NA ZDJĘCIU) znakomicie wypadła w roli Armidy. Jej ruchliwy, jasny, lecz ciepły sopran dobrze odnalazł się w wirtuozowskiej a zarazem pełnej ekspresji partii (przypomnijmy, że rola Armidy jest w utworze wiodąca: czarodziejka bezsprzecznie ma najwięcej do powiedzenia). Spiewakom udało się utrzymać w XXI-wiecznej tradycji wykonawstwa historycznego, choć nikt inny nie spodobał mi się tak, jak Mirosławska. Orkiestra również grała stylowo, jednakże nie do końca przekonały mnie skrzypce i altówki, które w pewnych momentach grały z dziwną artykulacją i bez wyczucia narracji. Bardzo dobrze zróżnicowano obsadę basso continuo, w której niekiedy zamieniały się, a niekiedy łączyły pozytyw, klawesyn i chitarrone. Dodało kolorytu również wykorzystanie instrumentów perkusyjnych.

Na koniec powiedzmy o dyrygencie Jakubie Burzyńskim, który miał dość trudne zadanie, bo pozbawiony był zespołu reżyserów, scenografów itd., którzy sprawują pieczę nad wykonaniami oper na większych scenach. Przede wszystkim słychać było, że świetnie rozumie muzykę Stradelli. Poza tym widać było optymizm, entuzjazm – one przebijały przez każdy ruch dyrygenta. Może nie pasowało to do charakteru przedstawionej w operze historii, która była jednak tragiczna. Ale cieszmy się i z tego – barokowe zespoły żadnego dyrygenta nie miały…

 

Magdalena Białecka

Recenzja koncertu z cyklu Dramma per musica 28 VI 2013 r. o godz. 19.00 w Starej Bibliotece UW.

FOT.: JULITA MIROSŁAWSKA, ŹRÓDŁO: WWW.BACH-CANTATAS.COM

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.