Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Cyganeria XXI wieku

Maciej Madaliński Maciej Madaliński

Tegoroczna edycja Ogrodów Muzycznych dobiegła końca. Przez niespełna miesiąc na dziedzińcu głównym Zamku Królewskiego w Warszawie odbywały się koncerty, recitale, projekcje, spotkania z ludźmi kultury. Festiwal zakończył się 28 lipca, ale dzień wcześniej miała miejsce jeszcze jedna projekcja – La Bohème Giacomo Pucciniego w inscenizacji, ktą zaprezentowano rok temu na festiwalu w Salzburgu. To jeden z największych letnich festiwali muzycznych i teatralnych w Europie, istniejący od 1877 r. Pozycja tego festiwalu zmusza do utrzymywania wysokiego poziomu prezentowanych wydarzeń. Dlatego nie dziwi fakt, że wybrano właśnie tę inscenizacje z kwietnia 2012 roku w reżyserii Damiano Michieletto i to w takiej obsadzie. W głnych rolach mieliśmy okazję usłyszeć i zobaczyć Annę Netrebko (Mimi), Piotra Beczałę (Rodolfo), Nino Machaidze (Musetta), Massimo Cavallettiego (Marcello), Carla Colombarę (Colline) oraz Alessia Arduiniego (Schaunard). 

La Bohème, czyli Cyganeria  jest operą w czterech aktach z 1896 roku. Akcja opery – opartej na powieści Henri Murgera – toczy się w Paryżu około roku 1830. Głównym bohaterem jest cyganeria artystyczna. Każdy akt jest osobną całością i kontrastuje z pozostałymi, przez co trochę jest zachwiana ciągłość dramaturgiczna w obrębie całej opery. Puccini umiejętnie napisał do tego dzieła muzykę cechującą się urozmaiconą rytmiką i barwnością instrumentacji. Muzyka płynnie przechodzi z różnych stanów emocjonalnych bohaterów – od dobrego humoru i dowcipu do głębokiego tragizmu. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że cała opera, a na pewno każdy akt skłania się do tradycji ostatnich dzieł Verdiego – brak wyraźnych cząstek. Arie nie kończą się, lecz przechodzą płynnie w duety, tercety bądź tutti. 

La Bohème  zachwyca pięknem melodii, „arii”, duetów miłosnych. Muzyka jest niezwykle melancholijna, uczuciowa a zarazem tragiczna. Tutaj wyczuciem wykazał się dyrygent Daniele Gatti, który świetnie poprowadził i przygotował spektakl od strony muzycznej. Wszystkie nastroje i uczucia, jakie niesie partytura i libretto były w mojej ocenie wyważone i stonowane. Solistom pod jego batutą akompaniowała chyba najlepsza orkiestra na świecie – Wiener Philharmoniker. Na scenie również usłyszeliśmy chór Wiener Staatsoper i Salzburger Festspiele und Theater Kinderchor. 

Spektakl był dopracowany na każdej płaszczyźnie. I muzycznej, i aktorskiej. Soliści wcielający się w głównych bohaterów nie tylko urzekali pięknem głosu i techniki, ale też grą, mimiką i gestem oddawali każdą emocje towarzyszącą kreowanej przez nich postaci. Mimo że nie przepadam za Anną Netrebko, muszę przyznać, że Mimi w jej wykonaniu w pełni mnie zachwyciła. Zarówno wokalnie poradziła sobie z tą trudną partią, czasem zdawało się wychwycić, że minimalnie spóźnia się za orkiestrą, ale nie było to strasznie rażące. Ale też i aktorsko z pełną namiętnością i tragizmem wykreowała tą postać. Piotr Beczała jak zwykle stanął na wysokości zadania i udowodnił, że nie bez przyczyny uważany jest za jednego z najlepszych tenorów. Słychać było, że dopadła go lekka niedyspozycja, bo wysokie nuty czasami wydobywał z wysiłkiem. Soliści kreujący pozostałych „bohemistów” – Marcello, Colline i Schaunard również zasługują na duże brawa. Wczuli się w swoich bohaterów, przepięknie zaśpiewali swoje role, wręcz mógłbym powiedzieć, że bezbłędnie. Ja nie wychwyciłem żadnych niedociagnięć z ich strony. Natomiast na szczególną uwagę zasługuje Nino Machaidze śpiewająca Musette. Jej postać to nonszalancka, uwodzicielska kobieta, bawiąca się mężczyznami i myśląca tylko o sobie. Jednak pod koniec opery bierze górę jej dobroć i współczucie dla cierpienia Mimi. Machaidze z pełnym wyczuciem wykreowała tę postać, bądź co bądź charakterologicznie niełatwą do zagrania. Ukazała pełną klasy, z odrobiną nonszalancji i namiętności kobietę, dbającą o swoje interesy lecz w akcie finałowym, ukazała współczującą, pełną empatii kobietę, która zapomniała o swoich dobrach i oddała je na rzecz umierającej. Wokalnie również ukazała to, o czym wspomniałem wcześniej, a aria Quadno m’en vo wykonana została fenomenalnie. 

Od strony scenograficznej trochę gryzła mi się ta współczesność (autostrada, latający superbohater) z Francją z lat 30. XIX wieku.  Jestem zwolennikiem tradycyjnych inscenizacji osadzonych we wnętrzach z epoki. Ale ważne, że konsekwencja reżysera była widoczna od początku do końca. I nawet mi to aż tak nie przeszkadzało i nie odwracało uwagi od muzyki i śpiewu – a to najważniejsze w operze. 

Bardzo się cieszę, że organizatorzy – Fundacja Ogrody Muzyczne – wybrali akurat tę inscenizację i w tej obsadzie do zaprezentowania warszawskiej publiczności. Wychodząc, słyszałem rozmowy zachwyconych widzów. I ja bez wątpienia również do nich się zaliczam. Cieszę się, że w Warszawie, można posłuchać takich sław, choć nie na żywo, bez wyjeżdżania z kraju. Oby coraz więcej takich wydarzeń. Osobiście z niecierpliwością czekam na następną edycje Ogrodów Muzycznych i następne projekcje i koncerty. 

Maciej Madaliński 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.