Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Chopin i jego Europa – podsumowanie pierwszego tygodnia

Marcin Oszczyk Marcin Oszczyk

Za nami pierwszy tydzień Festiwalu Chopin i jego Europa, wydaje się to dobry moment na podsumowanie. Najpierw garść faktów:

W przeciągu siedmiu dni odbyło się dziewięć koncertów, co daje nam 1,3 koncertu dziennie.
Podczas dziewięciu koncertów nastąpiła jedna 1 zmiana programu i dwie zmiany w kolejności.
Gościliśmy dziewięciu solistów – siedmiu mężczyzn i dwie kobiety. Jedna śpiewaczka i ośmiu pianistów.
Jeden wykonawca został zastąpiony (co nie wyszło na dobre) a jeden nie został (co nie wyszło na dobre).
Koncerty odbyły się w czterech salach:

Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej (2)
Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej (3)
Studio Koncertowym Polskiego Radia (3)
Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach (1)

Same dane to jednak mało. Co możemy powiedzieć o minionym tygodniu? Po pierwsze – świetnie ułożony program. Każdego dnia mieliśmy okazję spojrzeć na  Chopina pod innym kątem, przez pryzmat innych kompozytorów. Każdy koncert prezentował również inny aspekt jego twórczości.

Mieliśmy więc koncerty umieszczające go wśród współczesnych mu twórców (koncert Katsarisa);
odsyłających do dawnych wzorców (Stern);
zarysowanie świata muzycznego, w jakim wzrastał (Shelley);
porównanie dwóch romantycznych cykli – wariacji Brahmsa i preludiów Chopina (Romanovsky);
próbę oddania charakteru dawnych wykonań kameralnych (Kenner);
rzut oka na pieśni zarówno Chopina jak i innych kompozytorów epoki (Blažikova)

Dzięki temu na każdy koncert przychodziliśmy zaintrygowani, wiedząc, że usłyszymy coś nowego. Z drugiej strony zostały też umieszczone swoiste punkty orientacyjne, utwory powtórzone kilkukrotnie tak jak Ballada f-moll, Nokturn fis-moll albo Koncert e-moll. Pozostając jeszcze przy kwestii doboru utworów, warto zaznaczyć, że mieliśmy możliwość usłyszenia utworów mniej znanych i rzadziej wykonywanych kompozytorów: Rosettiego, Lessla, Dobrzyńskiego albo Tomáška. Cieszą również zawsze wykonania na instrumentach z epoki, których było sporo – i nie mówimy tu tylko o fortepianie historycznym, ale o całej orkiestrze Concerto Köln!

Organizacyjnie oceniam Festiwal raczej pozytywnie. Koncerty rozpoczynały się o czasie, a gdy w niedzielę musieliśmy się przenieść ze Studia S1 do Filharmonii – mieliśmy odpowiednią ilość czasu. Nie przydarzyły się żadne kłopoty techniczne, rozmowa z J. Samsonem była tłumaczona sprawnie a słuchawki dostał chyba każdy. Organizacyjną piętą achillesową okazał się koncert w Starej Pomarańczarni – brak drogowskazów, w ogóle brak plakatów informujących (jeśli jakieś były, to się przede mną ukryły), po koncercie wędrówka w ciemności… Ale był to pojedynczy wypadek. Omawiając sprawy niemuzyczne nie sposób pominąć milczeniem świetnie wykonanego programu. Ponad dwieście stron czystych informacji, niemal brak literówek czy innych błędów redaktorskich (nie znalazłem żadnych poza kilkoma w wierszach – pewnie kopiowanych z internetu), bardzo interesujący wstęp (Marcin Gmys) a przede wszystkim ciekawe informacje o utworach z każdego koncertu (Stanisław Dybowski, Grzegorz Michalski,  Kacper Miklaszewski, Szymon Paczkowski, Grażyna Teodorowicz). Do tego jeszcze dodajmy ramowy program na pierwszych stronach, informacje o solistach, zespołach a wszystko bardzo estetyczne i, co ważniejsze, przetłumaczone na język angielski (oprócz czeskich wierszy, małe niedociągnięcie). A na koniec ciekawe reklamy – płyt, festiwali itp.

Na koniec przejdźmy do najważniejszego – muzyki!  A pod względem muzycznym jest 8. Festiwal bardzo nierówny. Pomiędzy niesławną inauguracją a stłumionym koncertem Kennera promykiem zalśnił krótki recital Goernera. Kolejnego dnia, i był to dzień dotychczas najlepszy, mieliśmy okazję usłyszeć szalonego Katsarisa i eleganckiego Shelleya – wspaniały kontrast. Wspaniale rozpoczął się również występ Koroliova, niestety zachwyty skończyły się po pierwszej połowie. Środa to powiew kobiecej wrażliwości Hany Blažikovej i bardzo miła odmiana po recitalach fortepianowych. Tydzień zakończył młody i gniewny Romanovsky. Zdania na temat jego występu, podobnie jak na temat występu Koroliova, są podzielone. I nic dziwnego, bo tych dwóch wykonawców prezentuje dwa odmienne bieguny wykonawstwa: Koroliov to wszystkie dźwięki przemyślane, to intelektualizm; Romanovsky to burzliwe interpretacje, to ekspresja. Jeśli miałbym wskazać na najlepszy recital, wybrałbym dwa – i byłaby to ocena głęboko subiektywna: Shelley i Romanovsky.

Nie pozostaje nam nic innego jak czekać, co przyniesie kolejny tydzień.

Marcin Oszczyk 

Marcin Oszczyk, ma 17 lat, mieszka w Warszawie. Uczeń Liceum im. T. Czackiego i PSM II st. im J. Elsnera w klasie organów i kompozycji (klasa organów u prof. J. Malanowicza i J. Wróblewskiego oraz kompozycji u prof. S. Czarneckiego). Ukończył również POSM I st. im. E. Młynarskiego w klasie fortepianu u prof. A. Kowalak-Bojarczuk i harfy pod okiem prof. A. Baranowskiej. Interesuje się muzyką, filmem, teatrem.

ZDJĘCIA (ALEXANDER ROMANOVSKY, HOWARD SHELLEY:  FOT. BARTEK SADOWSKI/NIFC (edycja Marcin Oszczyk)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.