Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Trzy odcienie mezzo voce

asd asd

 

 

1.

Ignacy Feliks Dobrzyński
Uwertura do opery „Monbar, czyli Flibustierowie”, op. 30.

Zaczyna się delikatnie, miękkie dźwięki ponad stuletniego klarnetu snują się cicho mgłą nad spokojnie falującym morzem. Gdzieś w oddali daje się dostrzec statek; być może to fregata wioząca drogocenne przyprawy indyjskie? – a może to Flibustierowie gonią za kolejnym skarbem i kolejną przygodą? Melodia rozwija się, dopływają dźwięki innych instrumentów, brzmienie starych instrumentów świetnie oddaje charakter muzyki. Napięcie wzrasta aby za chwilę rozładować się w już innej myśli, innym obrazie. Okręt kołysze się na falach crescend i diminuend, z bocianiego gniazda widzimy coraz to nowe wyspy, coraz to nowe porty. Żegluga, ach, żegluga! nieustanne przygody, wspaniałe skarby, dzielni żeglarze, egzotyczne lądy; nie osiądziemy na mieliźnie, o nie! Zespół Güttlera świetnie oddaje niuanse XIX-wiecznej muzyki czyniąc z każdego fragmentu oddzielny obraz. I w tych romantycznych wizjach nie jestem już pewien – widzę dzikich piratów, czy odważnych marynarzy? a może rycerz w lśniącej zbroi galopuje w pogoni za smokiem? Nie, na pewno widziałem morze. Ale kto na morzu? – fregata wioząca drogocenne przyprawy indyjskie, czy Flibustierowie goniący za kolejnym skarbem i kolejną przygodą? A nad wszystkim szary kożuch mgły, matowieją kolorowe stroje; stłumione salwy armat. Daleko jesteśmy od bezdni Maelströmu, nie gonimy za potwornym wielorybem. Towarzyszymy raczej bohaterskiemu Sindbadowi w szalonych i niebezpiecznych przygodach, o których szczęśliwym zakończeniu jesteśmy jednak z góry przekonani. 

2.

Johann N. Hummel
Koncert fortepianowy a-moll op. 85

Bogate brzmienie uwertury zastępuje faktura bardziej kameralna; teraz najważniejszy jest solista. Już pierwsze dźwięki fortepianu ukazują słodką delikatność dotyku. Koronkowe zdobienia falują w stonowanej dynamice matowego brzmienia fortepianu. Smyczki na drugim planie dopełniają brzmienia dyskretnego, niemal nieśmiałego. Fantazyjne ozdobniki sypią się drobnymi okruchami, odbiegają od tematu w luźnych aluzjach, żeby zaraz powrócić, przywołane miarową, pewną pulsacją orkiestry. Tryle lśnią jak iskry zimnych ogni. Ale jak zimne ognie, niegroźne, nie są w stanie niczego zapalić. Alexander Melnikov gra z  łagodnością i powściągliwością. Melodie wypływające spod jego palców posiadają całą subtelność stylu brillant. Wydaje się jednak, że brak im jego błyskotliwości. Chciałoby się, żeby miejsce skromności zajął popis; miejsce kantyleny – wirtuozeria. Czasem jednak ornamenty zlewają się lub rozkwitają w niewłaściwych miejscach chybionymi dźwiękami. Dyskrecja okazuje się niepewnością. Lecz nade wszystko – muzyka jest piękna choć wszystkie jej szlachetne rysy – wymalowane sfumato.

3.

Fryderyk Chopin
Koncert fortepianowy e-moll op. 11

Po przerwie z głośników otrzymujemy wyjaśnienie – „dziękujemy pianiście, który mimo kontuzji lewej ręki zdecydował się zagrać obydwa koncerty”. Rozlegają się brawa. Z powodu tej kontuzji ręki transmisja, która miała się odbyć w Drugim Programie Polskiego Radia, została odwołana, na życzenie Melnikova.

Wchodzi artysta, nuty już rozłożone na fortepianie, brawa odzywają się ponownie. Rozpoczyna się koncert. Tak, jak koncert Hummla kazał zapomnieć o zbyt stonowanej muzyce Dobrzyńskiego, tak z pierwszymi dźwiękami Chopina zapominamy o austriackim mistrzu. Gdy zaczyna się opowieść, jesteśmy już gdzie indziej. Słyszymy historię tak dobrze znaną, że usta same układają się w dalszy ciąg – a jednak usłyszana raz jeszcze wciąż wzrusza. Melancholijnie snują się dźwięki po rozległych polach fletów i wiolonczel, płyną ze strony na stronę. Tak bezpośrednie, jakby nie było nic głębiej; tylko słodki smutek i rozmarzony uśmiech. Orkiestra rozpływa się w malowanym pejzażu, od gwiazd fletów po orkiestrowe „korzenie” fagotów. Melnikov zdaje się gubić wśród wiolonczel, rozstawione na pulpicie fortepianu nuty nieraz okazują się pianiście wręcz niezbędne, rozmarzenie staje się niepokojem, bynajmniej nie metafizycznym. I do końca pozostajemy w zadumie stonowanej, sentymentalnej, nie do końca.

Marcin Oszczyk

 

Alexander Melnikov (fortepian historyczny – Erard), Concerto Köln, Michael Güttler (dyrygent). 17 sierpnia, Filharmonia Narodowa w Warszawie, inauguracja festiwalu Chopin i Jego Europa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.