Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Burza

Marcin Oszczyk Marcin Oszczyk

23.08.2012, 19:00. Sala Kameralna Filharmonii Narodowej
Alexander Romanovsky

Jean-Philippe Rameau
Gawot i sześć dubli
Johannes Brahms
Wariacje na temat Paganiniego op. 35
Fryderyk Chopin
24 Preludia op. 28

Gorąco niemiłosiernie a z każdym dniem coraz goręcej. Duchota zwiastowała, co się wkrótce wydarzy. Wczoraj wieczorem w Filharmonii wybuchła burza.

Częściowe zachmurzenie, chłodny wiatr

Prosperem okazał się być pianista Alexander Romanovsky. Ale mieliśmy się o tym dopiero dowiedzieć. A wszystko zaczęło się od Gawota i sześciu wariacji Rameau. Zdecydowanie nie był to gawot, jaki moglibyśmy usłyszeć w siedemnastym wieku. Pozbawiony był jednak również romantycznej emfazy. Alexander wypracował dlań własny, specyficzny styl; wyraziste rytmy, śmiała, ale nie wybujała dynamika, ciągła praca pedału. Do tego dodajmy charakter samego pianisty, charyzmę, naturalny popis. Tak można najprościej opisać blask zatrzęsienia nut.

Obniżona widoczność, intensywne opady burzowe

W chwilę potem statek wpływa na wzburzone wody Wariacji. Ich podwójnie mefistofeliczny charakter nabiera pod palcami Alexandra dzikości Kalibana. Mocne, agresywne brzmienie, którego ofiarą padały kolejne dźwięki uwiązane było żelaznym łańcuchem dyscypliny. Zdarzało się jednak, że w najtrudniejszych miejscach tego arcytrudnego danse macabre zrywało się i pędziło na oślep po najbliższych klawiszach. Czasem też przed dalekimi skokami wychwycić można było chwilę wahania, pauzę przeciągniętą ponad rubato. Dzikość żywiła się mięsem dokładności.

Pochmurno z przejaśnieniami, ciśnienie 1054 hPa

Pora na głęboki wdech, za chwilę będziemy przekrzykiwać fale i wstrzymywać oddech, czekając na kolejne uderzenie. Preludia w wykonaniu Alexandra były romantyczne namiętnym romantyzmem Giaura. Pełne wewnętrznych napięć, targane sprzecznymi frazami. Z nieba strzelały akordy piorunów, a ponad celność liczył się blask błyskawicy. I nawet gdy promienie znajdywały przesmyk rozlewając się złotem po niebie, wciąż byliśmy świadomi otaczających nas cumulonimbusów. Alexander nie przyzywał ducha Chopina, lecz napełnił kosmos opusu 28 swoim własnym duchem. Najważniejsze jednak wydaje się pytanie: czy udało mu się odczarować Ariela z czarnego drzewa fortepianu?

Marcin Oszczyk

NA ZDJĘCIU ALEXANDER ROMANOVSKY, FOT. BARTEK SADOWSKI/NIFC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.