Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Brahmsowski wieczór

Damian Kułakowski Damian Kułakowski

  

Trudno uwierzyć , że prapremiery dwóch koncertów jednego kompozytora mogły spotkać się  z tak różnym przyjęciem. Kiedy bowiem hanowerska publiczność uznała I Koncert Brahmsa za zupełnie niezrozumiały, to 24 lata później słuchacze budapeszteńscy okrzyknęli jego kolejny Koncert, tym razem w tonacji B-dur, jednym z najwspanialszych. Jak powiadał o nim E. Hanslick: „wystarczy, żeby zabrzmiał, a zwycięży”. Scenariusz sprzed ok. 150 lat nie powtórzył się jednak na  koncercie 25 sierpnia. W gmachu Filharmonii Narodowej zwyciężył I Koncert d-moll w wykonaniu Nicholasa Angelicha, któremu towarzyszyła Sinfonia Varsovia pod Jackiem Kasprzykiem.

Wraz z mrocznym tremolo kotłów można było przenieść  się w świat myśli Johannesa Brahmsa, targanego wspomnieniem o samobójczej próbie jego przyjaciela R. Schumanna. Słychać tu również echa beethovenowskiej IX Symfonii, która natchnęła kompozytora  do napisania tego dzieła (pomyślanego pierwotnie jako sonata na dwa fortepiany, a później jako symfonia). Wydawało się, że Angelich świetnie rozumiał tego młodego jeszcze Brahmsa, lecz jak już dojrzałego. Nie było w jego grze pustego wirtuozostwa, ale odczuwało się jedność z orkiestrą. Pianista doskonale wiedział, że jest on tak naprawdę jednym z członków orkiestry, a koncert przez niego grany to w rzeczywistości symfonia z udziałem koncertującego fortepianu.

Nie można również przejść obojętnie obok maestrii Angelicha. Najlepszym dowodem na jego kunszt i doskonałe opanowanie klawiatury jest fakt, że słuchając jego gry zapomniałem, że jest to jeden z najtrudniejszych koncertów w literaturze fortepianowej. Słyszałem tylko piękną muzykę. Dramatyczną lecz piękną.

O ile Koncert d-moll był przyjęty z wielkim entuzjazmem, za co artysta został nagrodzony bisem (doskonały dobór jednej ze Scen dziecięcych Schumanna), o tyle II Koncert w wykonaniu Françoisa-Frédérica Guya pozostawił we mnie pewien niedosyt. Podobne wrażenie odniosła chyba też publiczność. Może za sprawą ogromnego ciężaru gatunkowego i emocjonalnego I Koncertu, wykonanie następnego stało się nie lada wyzwaniem dla drugiego pianisty. Po wysiłku jaki od słuchaczy wymaga  Koncert d-moll, pianista musiałby zaprezentować na prawdę oryginalną i przyciągającą uwagę kreację. Odniosłem wrażenie, że Guy czułby się lepiej w repertuarze brillant, gdzie wirtuozeria pełni zdecydowanie większą rolę. Jego gra była zdecydowanie błyskotliwa, choć nie pozbawiona drobnych błędów. Nie wyczułem w niej jednak Brahmsa. Zabrakło mi dystansu, jaki często występuje w jego muzyce. Dystansu, przez który przebija się jednak głęboki romantyzm. Niemniej pianista zaimponował mi II częścią Koncertu, pełną dramaturgii, obok której pięknie poprowadził fragmenty kantylenowe.

Po brahmsowskim wieczorze wspomniane już słowa Hanslicka nie miałyby zastosowania. Dla miłośników Brahmsa (do których należę) było to wydarzenie jednak o wielkim znaczeniu. Nie co dzień jest bowiem okazja posłuchać obu koncertów fortepianowych tego wielkiego kompozytora.

Damian Kułakowski

Na zdjęciu Nicholas Angelich i François-Frédéric Guy

Zdjęcie pobrano ze strony NIFC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.