Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Belcea: Przepis na Beethovena

asd asd

 

Kiedy pierwszy raz wysłuchałem nagrania cyklu Kwartetów Beethovena dokonanego przez Belcea Quartet  myślałem, że nic już mnie nie zaskoczy. Myliłem się jednak. W takich kwestiach lubię popełniać błędy. 

Koncert tego znakomitego kwartetu nie tylko spełniłmoje oczekiwania, ale przekroczył je z nawiązką. Narodowościowa mieszanka: Rumunka (Corina Belcea – I skrzypce), Szwajcar (Axel Schacher – II skrzypce), Polak (Krzysztof Chorzelski – altówka), oraz Francuz (Antoine Lederlin – wiolonczela) niewątpliwie ma wpływ na charakter zespołu, jego niezwykłość i świeżość. 

Można oczywiście wnikać w szczegóły interpretacyjne Kwartetu F-dur op. 59 „Razumowskiego” oraz Kwartetu cis-moll op. 131, ale słuchając tej wspaniałej muzyki w wykonaniu Belcea Quartet po prostu zapomina się o tym, że Beethoven długo pracował nad swym cyklem, uważając go za rzecz nieprzeciętnej wagi. Kolejne części mijały w mgnieniu oka dzięki dramaturgii, jaką zespół osiągał przy pomocy kontrastów i innych zabiegów. Czułem się wręcz pochłonięty przez muzykę. W Kwartecie F-dur już od pierwszych dźwięków tematu wiolonczelowego słychać było, że muzycy szukają Beethovena, docierając w swych poszukiwaniach dalej niż wiele innych zespołów. Do tego sposób realizowania akompaniamentu, niby nieistotnego, przykuwał uwagę swą precyzją i wyważoną proporcją między instrumentami. Wolne części przenosiły nas w świat kompozytora, szukającego oderwania od nieustannej walki o wyznawane wartości: wolności, wyzwolenia i braterstwa. Oczywiście w  muzyce słychać, że nie da się całkowicie uciec od tego i nagłe zrywy przypominały o istniejącym porządku świata, który swą muzyką Beethoven chciał zmienić. 

W siedmioczęściowym (sic!) Kwartecie cis-moll ciężar gatunkowy spoczywa na części czwartej, utrzymanej  w formie wariacji. Jego innowacyjność już od początkowej Fugi jest niekwestionowana. Sam Beethoven urażony listem swego wydawcy Schotta, który chciał dostać zupełnie „nowy” kwartet, odpisał ze znaną sobie zgryźliwością, że jego nowy kwartet „powstał z różnych pozbieranych resztek”, co miało zdenerwować wydawcę. Stwierdzenie kompozytora okazało się niebawem tylko jego żartem, bo Schott otrzymał dzieło będące krokiem milowym.  Cała gama zabiegów kompozytorskich, służących muzyce, począwszy od dialogów między instrumentami, zmian dynamicznych po rozbudowane polifonizujące odcinki, została z niebywałą sugestywnością ukazana przez Kwartet. Energetyka zawarta w każdym ruchu smyczka udzielała się słuchaczom, którzy owacjami na stojąco skłonili zespół do bisu, w którym znalazła się II cz. z Kwartetu e-moll op. 59. Jak powiedział Krzysztof Chorzelski, jest to część, z  którą zespołowi najtrudniej jest się rozstać po trwającej dwa lata nieustannej pracy, zwieńczonej nagraniem cyklu Kwartetów. Zespół na razie żegna się z Beethovenem, ale publiczność chyba na to nie pozwoli, bo takich interpretacji często się nie słyszy. 

Jaki jest zatem sekret na niezapomniany wieczór kameralny? Przede wszystkim Kwartety Beethovena oraz zespół, który obok dobrego wykonania, potrafi tegoż oddać ducha muzyki. Jak Belcea Quartet. 

Damian Kułakowski

Recenzja koncertu 22 marca 2013 r. w Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej, 17. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena w Warszawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.