Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Beethoven po irlandzku

asd asd

Barry Douglas, zdobywca złotego medalu na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie (1986), twórca orkiestry Camerata Ireland, był bohaterem wtorkowego koncertu w ramach Festiwalu Beethovenowskiego. Wcielił się w rolę pianisty oraz dyrygenta, prowadząc zza klawiatury wykonanie dwóch koncertów fortepianowych Beethovena oraz własnych aranżacji fortepianowych utworów Johna Fielda – Arii oraz Nocturnu i Chanson. Jego własny zespół nie sprostał jednak kunsztowi mistrza, szczególnie w drugiej połowie koncertu, kiedy została wykonana Symfonia Jowiszowa Mozarta.

II Koncert B-dur i I Koncert C-dur Beethovena (w takiej kolejności były wykonane) tchną jeszcze późnymi dziełami Mozarta, lecz mają charakterystyczny patos, podkreślony tak lubianymi przez Beethovena rytmami punktowanymi. One właśnie sprawiają, że w połączeniu z pogodną tonacją, Koncert B-dur utrzymany jest w pogodnym charakterze. 

Kadencja, którą wykonał Douglas stała w opozycji wyrazowej do kończącej się części I. Przeważał w niej ton dramatyczny, który był w bardzo naturalny sposób budowany przez pianistę. Techniczna kwestia pianistyczna daje się sprowadzić do stwierdzenia: PERFEKCJA. W tym jednym słowie zawiera się warsztat Barry Douglasa, będący środkiem dla tworzenia muzyki. Koniec kadencji, nie licząc ostatnich pochodów figuracyjnych,  stanowiły wyciszone, skupione akordy – ostatni oddech przed finałowym tutti. 

Część II zauroczyła mnie szczególnie. Douglas nie jest typem showmana. Adagio w jego interpretacji uwiodło mnie niezmąconym spokojem, ale i klasyczną konsekwencją, wolną od romantycznych rubat, choć utrzymane w melancholijnym tonie. Pianista doskonale wiedział, w których momentach powinien „skryć się” za partią orkiestry, szczególnie dętych drewnianych. 

Część III, podobnie jak wszystkie Beethovenowskie finały, ma jasną melodykę i taneczny charakter, ujęty przez wykonawców bardzo klarownie. Można powiedzieć, że słuchanie tej części było dobrą zabawą. 

John Field był przerywnikiem między oboma koncertami, bardzo zresztą przyjemnym w odbiorze. Pianista zinstrumentowal utwory tak, że wiele partii melodycznych realizowała orkiestra. Solo wiolonczeli wraz z fortepianem przywodziło na myśl romantyczne sonaty wiolonczelowe, a duże uprzywilejowanie fletu dodawało migotliwych i jasnych efektów melodycznych, rozjaśniających nokturnowy nastrój. 

Choć I Koncert C-dur należy do wczesnych dzieł Beethovena, to już tutaj da się słyszeć impet znany z III Symfonii Eroiki”. Witalna ekspozycja przygotowuje wejście pianisty, który zaraz po spokojnym, solowym przeprowadzeniu tematu, realizuje kaskadowe pasaże. Wyraziste sforzata dodawały pikanterii, ale nie były realizowane z przesadą. Largo to jakby już romantyczna fortepianowa pieśń, z subtelnym akompaniamentem długich nut w smyczkach, w której pianista dał się poznać jako wrażliwy muzyk. Rondo. Allegro scherzando to kolejna z „gier” Beethovena – zabawa, wariacyjność i dialog orkiestry z fortepianem. Na bis Barry Douglas wykonał Intermezzo Brahmsa. To, jak ujmował długie, Brahmsowskie frazy, ciągnąc je wydawałoby się bez końca, wzbudziło mój zachwyt. Arpeggiowy akompaniament brzmiał nieraz jak harfa, na tle której rozwijał się temat, a barwność przywodziła na myśl impresjonistyczne Preludia Debussy’ego. 

Symfonia Jowiszowa bynajmniej nie była, jak wskazuje tytuł, boska. Przynajmniej nie w wykonaniu Cameraty Ireland. Barry Douglas panował nad orkiestrą bardzo dobrze i miał jak najlepszą wizję symfonicznego arcydzieła Mozarta – pełną energii, ale bez nadmiernej egzaltacji. Lecz zbyt często pojawiały się usterki: smyczki, a w szczególności sekcja pierwszych skrzypiec, które często grały nieczysto, grupa dętych, mająca czasami problem z precyzyjnym rozpoczęciem dźwięku. Te uchybienia negatywnie wpłynęły na całokształt wykonania Symfonii. Słuchacz mający świadomość ideału klasyczności powstałej w 1788 r. Jowiszowej nie mógł być w pełni zadowolony, mając na uwadze słowa Otto Jahna, który twierdzi że „[kunszt Mozarta w Symfonii Jowiszowej] wyrasta ponad miarę człowieczą”.   

Zaryzykuję stwierdzenie, że koncert Barry’ego Douglasa-pianisty był bardzo udany, lecz Barry’ego Douglasa-dyrygenta zdecydowanie mniej. Jego wspaniała kreacja Koncertów Beethovena, idylliczna aranżacja Fielda oraz ciekawa wizja Jowiszowej, choć której nie udało się do końca zrealizować, stawiają wykonawcę w szeregu najwybitniejszych muzyków. 

Damian Kułakowski

Recenzja koncert z 19 marca 2013, 17. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena w Warszawie.

Na zdjęciu: Barry Douglas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.