Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Aria o Oświęcimiu

Marta Urbanowicz Marta Urbanowicz

Niewiele brakowało, by „Pasażerka” Mieczysława Weinberga zyskała status dzieła zapomnianego. Po narodzinach w 1968 r. długo dryfowała w niebycie, by dać się usłyszeć dopiero w roku 2006, a i tak jedynie w wykonaniu koncertowym. Pełną, operową formę udało jej się przybrać cztery lata później, gdy ciepło przyjęta przez krytyków zabrzmiała na Festiwalu Operowym w Bregencji.

Polska premiera dzieła odbyła się 8 października 2010 r. na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie. Ja miałam okazję zobaczyć „Pasażerkę” w maju bieżącego roku. I choć od momentu wystawienia jej w stolicy po raz pierwszy upłynęło sporo czasu, zainteresowanie ową operą pozostało ogromne.

Przez ok. 3 godziny widzowie byli świadkami historii Lisy – byłej strażniczki SS, która podczas podróży transatlantykiem dostrzega swoją byłą więźniarkę z Auschwitz. Uznawszy ją przed laty za zmarłą, wpada w panikę. Od tej pory wydarzenia na pokładzie statku przeplatają się z wyrazistymi, mrocznymi retrospekcjami z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu…

Libretto opery powstało na podstawie powieści Zofii Posmysz o tym samym tytule. W czasie II wojny światowej autorka osobiście doświadczyła grozy Auschwitz-Birkenau jako jedna z więźniarek. Reżyser opery, David Pountney, często konsultował się z panią Zofią i wspólnie z nią odwiedzał Oświęcim. Zaowocowało to między innymi niezwykle autentyczną scenografią. Odpowiedzialny za nią Johan Engels stworzył rzecz niezwykłą, skontrastowaną, świecącą pokładową bielą, a za moment straszącą skromnymi pryczami więźniów. Już samo to zaważyło na tym, że na scenę patrzyłam z żywym zainteresowaniem.

Co do strony muzycznej… tu już dopadają mnie mieszane uczucia. Styl, w jakim komponował Weinberg zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Jest to muzyka ciężka, przeładowana środkami wyrazu i zwyczajnie męcząca. Nie zdziwiłam się, gdy podczas przerwy słyszałam ludzi, którzy ziewając, planowali wymknięcie się do domu. O tym, że część z nich zdecydowała się na tę opcję, świadczyła nieco opustoszała widownia w drugim akcie.
Jednego jednak muzyce w „Pasażerce” odmówić nie można. Silnie nacechowana emocjonalnie, porusza i skłania do refleksji. A gdy obok współczesnych, dysonujących współbrzmień brzmi ciaccona Bacha… dreszcz przebiega po plecach.

„Pasażerka” porusza poważną problematykę. Lisa nie uważa się za winną popełnionych zbrodni. W swej skrzywionej złem świadomości zagłuszyła głos sumienia tak mocno, że nie potrafi już dostrzec tego, co cieniem rzuca się na jej przeszłość.

Przeszłość blaknie i robi się coraz bardziej odległa. Opera Mieczysława Weinberga to jeden z utworów, które rzucają nas w sam środek tego, co działo się przed laty, pozwalają nie tylko obserwować, ale i doświadczać. I tak widz, postawiony w obliczu historii, jest poniekąd zmuszony się nad nią zastanowić. Głębiej. Inaczej niż do tej pory.

 

Fot. Krzysztof Bieliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.