Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Akordeon, fechtunek i mieszane uczucia

asd asd

Ideą festiwalu Mazovia Goes Baroque  jest propagowanie muzyki kameralnej i solowej z czasów dawniejszych poprzez organizację koncertów na terenie województwa  mazowieckiego. Na całe szczęście wykonawcy nie są ograniczeni do grania wyłącznie muzyki barokowej (mimo że nazwa festiwalu mogłaby na to wskazywać), repertuar jest niekiedy poszerzany zarówno o dzieła wcześniejsze, jak i późniejsze. W tym roku z pełną uwagą słuchając akordeonisty Andreasa Borregaarda oraz duetu Arparla, na pewno zostałam wzbogacona o pewne doświadczenia. Jedne bardziej pozytywne, inne może trochę mniej, jednak na pewno każde na swój sposób rozwijające.

17 marca, siedząc wygodnie w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego i czekając na rozpoczęcie koncertu czytałam życiorysy mających zaprezentować się tego wieczoru artystów. Jako pierwszy wystąpić miał duński akordeonista Andreas Borregaard. Pozytywnie nastawiona dość barwną notką biograficzną spodziewam się samych pozytywnych wrażeń. W pewnym momencie światła zgasły i na scenę wszedł niewiarygodnie wysoki i chyba jeszcze bardziej niewiarygodnie chudy człowiek z akordeonem (mogłoby się wydawać, że gdyby stał z tym akordeonem jeszcze chwilę, złamałby się wpół). Borregaard zaprezentował utwory z różnych epok, począwszy od XIII-wiecznej anonimowej pieśni po dzieła współczesne. Większość z nich oryginalnie napisana była na klawesyn, organy lub fortepian (nie można zapomnieć, że akordeon jest stosunkowo młodym instrumentem), więc zaprezentowane zostało nowe brzmienie utworów, których przywykło się słuchać w tradycyjnym wykonaniu. Pomimo niespecjalnej sympatii do akordeonu słuchałam z dużym zainteresowaniem. Andreas Borregaard wykazał się wielką wrażliwością muzyczną, wspaniale operował barwą instrumentu, dynamiką i formą. Akordeonista zakończył występ utworem Sofii Gubajbuliny De Profundis, gdzie w pełni pokazał możliwości swojego instrumentu. De Profundis wywarło na publiczności z pewnością niemałe wrażenie, zapewne wzmocnił je fakt, że większość z nas nie słucha tego typu utworów codziennie (dla niektórych Gubajdulina mogła okazać się zbyt trudna do przebrnięcia, jednak żeby umieć zasnąć i zacząć chrapać na tego typu utworze? Serdecznie gratuluję panu, któremu udało się w dość nieoczekiwany sposób zakłócić odbiór…).  Przy analizie repertuaru zdziwiła mnie jedna rzecz – dlaczego wśród granych przez Borregaarda utworów nie było żadnego dzieła o charakterze romantycznym (po Mozarcie od razu przeszliśmy do Satiego)? Odpowiedzi niestety nie znalazłam.

Drugą odsłonę miał wypełnić muzyką duet skrzypcowo – harfowy Arparla w składzie: Maria Cleary – arpa doppia oraz Davide Monti – skrzypce. Prywatnie małżeństwo, na scenie dwoje świetnie rozumiejących się muzyków. Arparla zaprezentowała szereg sonat XVI i XVII-wiecznych na instrument solowy i basso continuo. Muszę szczerze wyznać, że pomimo włoskiego temperamentu i niewątpliwie pięknej gry repertuar był na tyle jednorodny, a przez to lekko nużący, że nie potrafiłam w pełni skoncentrować się na świadomym odbiorze muzyki. Pewne ożywienie nastąpiło przy ostatnim utworze, jakim była sonata A. Corellego D-dur op. 5. Pomimo przeszkód w odbiorze koncert był bardzo rozwijający, piękne brzmienie harfy i bardzo śpiewny dźwięk skrzypiec tworzyły fantastyczne wrażenie. Z wywiadu z członkami duetu przeprowadzonego przez Barbarę Schabowską dla Programu 2 PR dowiedziałam się również pewnej zaskakującej rzeczy: Davide Monti, aby doskonalić technikę skrzypcową pobiera lekcje fechtunku! Jak sam w wywiadzie tłumaczył:

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że miecz dawniej ważył kilogram i 300 gramów, to oznacza, że mężczyźni w XVII wieku byli przyzwyczajeni do trzymania ciężkich przedmiotów w dłoni. […] Ale jeśli ramię przyzwyczajone do dźwigania takiego ciężaru, przyłoży trzymany w dłoni smyczek, jaki dźwięk uzyskamy?

Wniosek z tego taki, że artyści nie tylko grają, ale również próbują przybliżyć swoje postrzeganie i wykonywanie muzyki do tego, jak to robili inni muzycy 300 lat temu. A winę na nie dość duży zachwyt koncertem zrzucę na zbyt długie przebywanie wśród dźwięków tego dnia (obie odsłony były dość obszerne). Bilans końcowy jednak wyszedł dodatnio – to był zdecydowanie dobrze spędzony wieczór.

*

18 marca tak samo rozentuzjazmowana, jak dnia poprzedniego usiadłam w S1. Tym razem kolejność miałą być odwrotna. W pierwszej odsłonie miałam usłyszeć Arparlę. Tak jak się spodziewałam, muzycy wywarli na mnie dużo większe wrażenie niż podczas sobotniego koncertu, być może ze względu na bardziej urozmaicony repertuar. Natomiast widowni przed koncertem powinno się  rozdać tabletki hamujące kaszel, ponieważ astmatyków, gruźlików i innych chorych na zapewne szalenie poważne przypadłości płuc było aż za nadto (co ciekawsze te przypadłości zawsze objawiają się w trakcie formowania śpiewnego piana lub w pauzie generalnej – nie ma chwili, żeby ktoś nie musiał sobie kaszlnąć…). 

W następnej odsłonie Andreas Borregaard wykonać miał Wariacje Goldbergowskie Bacha. Moją pierwszą reakcją (jeszcze w przerwie przed drugą częścią) był podziw dla artysty za wybranie tego utworu – wśród wielu kultowych już nagrań i wykonań ciężko o świeżość w takim utworze. Niestety doznałam niemałego zawodu. Utwór przerósł wykonawcę. Pomimo kilku bardzo pięknych fragmentów, całość była grana wybitnie jednorodnie, z dodatkiem wielu wpadek tekstowych, co nie dawało ani komfortu słuchania, a nawet po dłuższym czasie zaczęło robić się irytujące. Z czasem doszłam jednak do wniosku, że być może rozleniwiona słuchaniem perfekcyjnych nagrań z płyt CD zbyt krytycznie podchodzę do sprawy poprawności tekstowej, jednak faktem jest, że byłam zła, że „warszawska” część festiwalu skończyła się w ten sposób.

Wychodząc ze Studia Koncertowego Polskiego Radia miałam mieszane uczucia – z jednej strony chciałam, żeby dwudniowa seria koncertów zakończyła się w jakoś bardziej spektakularnie, z drugiej z miłym rozrzewnieniem wspominałam przeżycia z poprzednich odsłon. Festiwal Mazovia Goes Baroque miał swoje dobre, jak i trochę gorsze strony, jednak jest to wydarzenie, które zawsze będę wszystkim polecała, choćby ze względu na fakt promowania muzyki klasycznej.

Katarzyna Stasiewicz

Recenzja dwóch koncertów (17-18 marca) w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque.

Autorka  uczestniczyła w konkursie MG/MGB. Ma 18 lat, mieszka w Warszawie, kształci się w grze na wiolonczeli w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej II st. im. Z. Brzewskiego.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.