Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Bach na podłodze

asd asd

Skąd wiadomo jak wykonywać muzykę dawną? Odziedziczyliśmy po przodkach genialne zapisy nutowe, które często nie niosą informacji o sugerowanym przez kompozytorów poziomie ekspresji. W tej sytuacji pozostaje eksperymentować i tego właśnie dokonał duet Tomasza Pokrzywińskiego (wiolonczela) i Marcina Maseckiego (pianino), którzy świadomie zrezygnowali z garniturów i powściągliwości na rzecz dżinsów i buzujących emocji podczas koncertu w klubie Chłodna 25.

Naturę tego eksperymentu trafnie obrazuje moja konsternacja po usłyszeniu pierwszych dźwięków otwierającej koncert wiolonczelowej sonaty Beethovena – nie wiedziałem, czy wymaga się ode mnie bym się śmiał, czy ze skupieniem chłonął niuanse tej, delikatnie mówiąc, brawurowej propozycji. Wiolonczelista grał ostre, przesadzone forte, niemal ze złością uderzając smyczkiem; pianista prawie karykaturalnie wykrzywiał przeguby dłoni, a by podkreślić momenty, które szczególnie go poruszały, machał prawą stopą. Nie było to jednak kolejne egzaltowane wykonanie; wydawało się, że emocje są daleko nieproporcjonalne do treści. Parodia, eksperyment, czy niefortunna interpretacja? 

Owo podejście do muzyki niesie bowiem pewien problem. Gdy jest ona jedną wielką emocją, a była nią w wykonanych utworach Bacha, Haendla i Vivaldiego, każda fraza jest tak samo ważna, a przez to – nie jest ważna wcale, a utwór, pierwotnie spójny, rozpada się na niepołączone ze sobą kawałki. Gdy dołączymy do tego suchą barwę wiolonczeli wynikającą z agresywnej gry, wrażenie przesytu jest nieuniknione.

Trudno jednak uwierzyć, że takie wrażenia umknęły wykonawcom, bo nie można kogoś, kto dokonuje kompozycyjnych eksperymentów na ich poziomie, posądzać o brak muzykalności. W momencie gdy pianista wprowadził pochody gamowe grane palcem po strunach do jednego z dzieł, a wiolonczelista rozpoczął kolejny utwór (lub raczej improwizację inspirowaną muzyką dawną) od rozłożonych akordów granych na podstawku, jasne było, że panowie podchodzą do kategorii takich jak barwa i ekspresja w sposób jak najbardziej świadomy.

By zrozumieć to, co duet najwyraźniej chciał przekazać, należy ich wykonanie potraktować nie jak zwykły koncert, lecz jako formę performance’u, która ma swój kontekst wizualny. Rozrzucone w nieładzie nuty u stóp pianina, szklanka przewrócona stopą, punktowe światło starej lampki, teatralność ruchów – tymi elementami zagwarantowali sobie wstęp do konwencji przedstawienia, w którym dozwolone jest wszystko. Owo przerysowanie to celowa hiperbola, pokazująca, że muzykę przedromantyczną można grać z emocjami spuszczonymi z wodzy powściągliwości, którą podczas tradycyjnej muzycznej edukacji nakazuje się przy dziełach Bacha czy Haendla. Czy barok niej jest w końcu epoką wybujałego ornamentu? Jeżeli miałbym wybrać jeden przymiotnik na określenie tego występu, byłby to „barokowy”. A uwypuklone zaangażowanie muzyków w grę to doskonała ilustracja tego, że ta barokowość we współczesnej estetyce broni się bez większego problemu. 

Piotr Wieczorek

Autor jest zdobywcą I nagrody konkursu MG/MGB w kategorii szkół muzycznych. Mieszka w Warszawie, gra na klarnecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.